Snowman. Tak, idealne tłumaczenie to Pierwszy śnieg. Nie winię tutaj polskiego dystrybutora, bo to powieść o tym samym tytule została przetłumaczona w ten sposób jako pierwsza. Niefortunnie, ale już jesteśmy do tego chyba przyzwyczajeni.

Harry Hole jest bardzo dobry detektywem, pracującym dla policji w Oslo. Ma też dość spory problem alkoholowy, który nie ułatwia mu życia. Wraz z nową członkinią zespołu, która przeniosła się do Oslo z Bergen, zajmuje się sprawą zaginięcia kobiety. Okazuje się, że jest to powiązane z innymi porwaniami. Sprawca zawsze porywa podczas opadów śniegu i zostawia przed domem bałwana zwróconego twarzą do budynku.

Nie wiem, ale Michael Fassbender nie ma ostatnio dobrej passy. Song to Song, Obcy czy Assassin’s Creed to filmy, które nie zbierały zbyt pochlebnych recenzji. Niestety, Pierwszy śnieg dostosowuje się do nich poziomem. Nie jest to po prostu dobra produkcja.

A zapowiadało się nieźle. Lubię thrillery, w których coś się dzieje, jest to napięcia. Tutaj go brakuje. Dodatkowo miło gdy widz może sam dojść do tego kto jest mordercą. Nie wiem jak było w książce, ale tutaj jest to na tyle zaskakujące, co kompletnie niespodziewane. Nie wiem, ale jakoś do mnie to nie przemawiało.

Kilka postaci kompletnie nijakich, którym nie wiadomo czy współczuć, czy śmiać się z nich. Pani detektywy zachowuje się czasami tak jakby była to dla niej pierwsza sprawa w życiu, a nie jest. A najgorsze jest chyba to, że Val Kilmer został w tym filmie zdubbingowany. Albo jest tak znakomitym aktorem. Raczej to pierwsze.

Podobały mi się na pewno zdjęcia, Norwegia zimą jest przepiękna i aż chciałoby się tam pojechać. Szkoda, że to jeden z niewielu pozytywów w tym filmie. Jest nudno i podejrzewam, że jakbym był na nim wieczorem to istnieje możliwość, że po prostu bym na nim zasnął. Pierwszy śnieg nie jest wart wydania 20-kilku złotych na seans. Ode mnie dostaje notę 3 na 10. Trochę naciąganą.