Nie jest sztuką nagrać film oparty na faktach. Sztuką jest nagrać dobry film oparty na faktach. Tych gorszych niestety mamy więcej i jest to potwierdzenie tezy, że nie zawsze jednak powinno się za to brać. Historia Władysława Mazurkiewicza, zwanego eleganckim mordercą, elektryzowała cały Kraków po drugiej wojnie światowej. Nic więc dziwnego, że musiał nadejść moment gdy ktoś to zekranizuje. Dobrze, że tego nie spartolono.

Młody milicjant Karski rozpoczyna śledztwo w sprawie Mazurkiewicza. Zaginieni mieszkańcy Krakowa, kilka zabójstw to wszystkie sprawy, z którymi w jakiś sposób powiązany jest właśnie Mazurkiewicz. Sęk w tym, że ciężko mu cokolwiek udowodnić i prowadzący śledztwo ma silne wrażenie, że ktoś z Urzędu Bezpieczeństwa kryje podejrzanego.

Zacznijmy może od obsady. Chyra, Linda, Grabowski, Jakubik, Warnke, Gruszka, Figura. Czy coś może się nie udać? Ano tak. Jak do wymienionych aktorów nie mam żadnych zarzutów, tak główna postać jest… nijaka. Tomasz Schuchardt robi co może, ale z tej postaci nie dało się nic wyciągnąć. Scenarzysta mu nie pomógł zbytnio. Nie czułem z nim żadnej więzi, w żaden sposób mu nie kibicowałem.

Pomimo tego, film ten aktorami stoi. Pan Chyra, Pan Linda, oni jednak potrafią w te filmy. I to jak! Chyra jest rewelacyjny. Gra zimnego psychopatę w sposób godny podziwu. Są takie sceny, w których jako żywo widziałem Anthony’ego Hopkinsa z Milczenia owiec.  Do tego Bogusław Linda, który po raz kolejny udowodnił, że ciągle należy do czołówki polskich aktorów. Więcej panie Bogusławie, więcej filmów z panem poproszę.

To co mi się nie podobało to fakt, że już od samego początku filmu domyśliłem się kto jest „umoczony”, kto kryje mordercę. Nie wiem czy taki dobry ze mnie detektyw, czy po prostu jest to tak oczywiste. Raczej to drugie. Pomimo tego film jest warty obejrzenia, ode mnie dostaje ocenę 7 w 10-stopniowej skali. Jesień to dobry czas dla polskiego kina.