Na samym początku muszę się do czegoś przyznać. Nie oglądałem, żadnej z dwóch poprzednich części. Myślałem o ich nadrobieniu, ale słyszałem, że są tak przeciętne iż stwierdziłem, że może nie warto negatywnie się nastawiać przed seansem. Prawdopodobnie dobrze zrobiłem. A jakie wrażenia wywarła na mnie ostatnia część trylogii? Przeróżne.

Thor wraca do Asgardu. Okazuje się, że nie ma tam jego ojca, a podszywa się pod niego dobrze znany nam (choćby z Avengersów), Loki. Ich ojciec umiera, a wraz z jego śmiercią na wolność trafia ich siostra, o której nie mieli pojęcia. Hela, bogini śmierci, chce zawładnąć nad wszechświatem i przed niczym się nie cofnie. Thor oczywiście, postanawia uratować ludność Asgardu przed jej gniewem.

Thor: Ragnarok to typowy przedstawiciel Marvela. Dużo żartów, dużo naparzanki. Dużo podniosłego tonu i walki o wyższe dobro. Ale sala była pełna. I za to chyba kochanym te filmy i jak na razie są one dużo lepsze od tych, które proponuje nam DC Comics.

Parę razy można się zaśmiać, parę razy można też pokręcić głową z niedowierzania. Najlepsze sceny to te, w których występuje Hulk i Loki. Wiem, że ludzie za nim nie przepadają, ale Tom Hiddlestone jest po prostu rewelacyjny w swojej roli i mam nadzieję, że w tej kreacji jeszcze go zobaczymy.

Jest to typowy film o bohaterach. Widziałem chyba jednak lepsze, ale tutaj nie zawiodłem się jakoś bardzo. Praktycznie wcale. Dostałem dokładnie to, na co byłem przygotowany i czego oczekiwałem. Marvel nie schodzi z pewnego poziomu od lat i wydaje się, że ta tendencja będzie utrzymywana. W przyszłym roku zobaczymy Black Panther i kolejną część Avengersów i podejrzewam, że słabo nie będzie.

Thor: Ragnarok to ciekawa propozycja, która z pewnością na siebie zarobi, nawet i w Polsce. Ode mnie jest to 7 na 10. Bo czasem CGI razi po oczach, ale z drugiej strony trzeba go używać jeśli Twoimi bohaterami są Bogowie. Dla fanów, pozycja obowiązkowa.