Jako, że Halloween za pasem to zwykle w tym okresie pojawia się kilka horrorów. Bo kiedy jak nie teraz? Najlepszy moment. Happy death day (kolejny raz, gratuluję tłumaczowi), to jedna z propozycji, która zaliczyła dość dobry start w USA podczas pierwszego weekendu projekcji tego filmu. Czy warto się wybrać? Jasne, że tak!

Tree, amerykańska studentka, budzi się w dniu swoich urodzin w akademiku poznanego dzień wcześniej na imprezie chłopaka. Wydaje się, że ten dzień nie będzie się różnił niczym innym od poprzednich. Sęk w tym, że nasza bohaterka zostaje zamordowana przez tajemniczego typa w masce. I nie byłoby nic w tym niesamowitego gdyby nie fakt, że Tree budzi się za chwilę tego samego dnia… i ginie ponownie. I tak w kółko. Wydaje się, że jedyną jej nadzieją jest dowiedzenie się kim jest tajemniczy morderca.

Jest to taka horror wersja Dnia świstaka. Motyw znany w kinie i powielany. Nic specjalnego powiecie. I macie rację. Ja jednak mam słabość do takich filmów. Przypominają mi takie hity jak Krzyk czy Koszmar minionego lata. To jest po prostu guilty pleasure, przynajmniej dla mnie. Nie jestem tego w stanie racjonalnie wyjaśnić. Na pewno też macie takie filmy.

Nie jest strasznie, nie jest brutalnie. Taki soft-horror, powiedziałbym. Można jednak już od samego początku spekulować kto jest zabójcą. Ja miałem dwa typy i nie pomyliłem się. Choć i tak nie jest to zbyt oczywiste, bo do końca tego nie wiemy. Można się pośmiać, jest trochę żartów, naprawdę dobrze się bawiłem. Podejrzewam jednak, że nie wszyscy będą mieli podobnie.

Ode mnie jest to 7 na 10. Ktoś powie pewnie, że za dużo. A ja powiem trudno, lubię takie horrory i się tego nie wstydzę. Jak lubisz wspomniany Krzyk czy Koszmar minionego lata to też Ci się będzie podobać.