Głupio się przyznać, ale Piła to jedna z moich ulubionych filmowych serii. Ja wiem, że poza jedynką było naprawdę baaaaardzo przeciętnie. Im dalej w las, tym gorzej się to oglądało. Ale to jest jak z kibicowaniem swojej drużynie: nieważne jak źle jest, nigdy jej nie opuścisz. Mam jednak nadzieję, że Piła: Dziedzictwo to ostatnia część jaką było nam dane oglądać.

Dochodzi do serii dziwnych morderstw i okazuje się, że za wszystkim stoi Jigsaw. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Jigsaw nie żyje od 10 lat. Śledztwem zajmuje się skorumpowany policjant i… jakże by inaczej patolog, który bada ciała ofiar. W tym samym czasie piątka obcych sobie ludzi budzi się w tajemniczym pomieszczeniu i gra się zaczyna…

Schemat znany i powielany. W każdej kolejnej części Piły. Oczywiście na koniec możecie spodziewać się twistu fabularnego i grania czasem i przestrzenią. Coś czego doświadczyliśmy w poprzednich filmach tej serii. Jaki wniosek? Byłoooooooooo. Wszystko już było. Niestety.

Brakuje tej oryginalności. Brakuje pierdolnięcia, jakie miała pierwsza część, do której uwielbiam wracać. Scenariusz jest drewniany, wszyscy bohaterowie są drewniani. Nie zależy Ci, nie obchodzi Cię czy ktoś zginie czy nie. I tak jak to miało miejsce w poprzednich częściach, wszystkie śmierci wydawały mi się bezcelowe.

Film jest nudny, nie angażuje. Wygląda jak typowe „aaaa, nagrajmy coś znanego, podepnijmy się pod to, wypuśćmy to przed Halloween i może się sprzeda”. No i się sprzedało, ludzie na to pójdą. Nawet w Polsce. Przedłużanie tej serii nie ma jednak sensu.

Jak zwykle najarałem się na film, który wiedziałem, że będzie zły. I był zły. Miał może momenty, zwykle te humorystyczne, ale nic więcej. Nie straszył, nawet nie obrzydzał, jak to czasem przy horrorach bywa.  Ode mnie jest to zaledwie 2 na 10 i tylko dlatego, że uwielbiam Jigsawa.