Polska komedia romantyczna to taki gatunek, który zasługuje na własną książkę. Jej roboczy tytuł to coś w stylu „Jak nie robić filmów” czy „Wady i… wady polskich komedii romantycznych”. Jest jednak w tym całym bagienku kilka pozycji, które w jakiś sposób potrafią się wybronić i mają sens. Jednym z przykładów jest z pewnością trylogia, Listów do M.

Premiera jak zwykle w listopadzie, ale akcja dzieje się w Wigilię Bożego Narodzenia. I schemat jest taki sam jak w poprzednich częściach. Mamy kilka par, których historie w jakiś sposób się splatają. Nie jest to zrobione nachalnie, te relacje są widoczne ale nie wyskakują z ekranu w co drugiej scenie.

Jest to całkiem udany film. Nie jest to wybitne dzieło, które sprawi, że przez kilka minut po seansie nie będziecie wiedzieć co powiedzieć. Jest jednak lepiej niż było w poprzedniej części i trochę gorzej niż w jedynce. Wszystko ma sens, mało kto denerwuje (poza Zamachowskim) i historie są naprawdę urocze.

Są wątki humorystyczne, ale nic na siłę. Można parę razy się zaśmiać, ale generalnie są to żarty na poziomie. Nawet Karolak dostał coś do zagrania, coś poważniejszego, bo w dwóch poprzednich częściach przypadała mu jednak rola tego śmieszka. Tutaj robi się trochę poważniej, ale też bez przesady.

Wojciech Malajkat po raz kolejny udowadnia jak dobry aktorem jest, szkoda, że tak rzadko można go zobaczyć na wielkim ekranie. Podoba mi się wątek z Katarzyną Zawadzką (jestem zakochany, macie ją na zdjęciu) i psem. Dygant i Adamczyk znowu są nieźli. W ogóle jest nieźle, co tu będę dużo mówił.

Jeśli chcecie iść na coś lekkiego, dobrze się bawić czy po prostu zabrać drugą połówkę na randkę to Listy do M. 3 są dobrym wyborem. Aż sprawdziłem jak oceniałem poprzednie części i tak jedynka dostała 7, dwójka dostała 5 więc trójka dostanie ode mnie 6 na 10. Tragedii nie ma.